9 listopada 2016

Matka Whistlera, Matka Hammershøia


Matkę Whistlera zna każdy. Matkę Hammershøia tylko niewielka część tych, którym po drodze z nudnym malarstwem Duńczyka. Współcześni Hammershøiowi nazywali je wprost: nudnym. Ileż można oglądać ujęć światła pełzającego po mieszczańskich wnętrzach, światła załamującego się na aksamitnej sofce, promieni igrających z muślinową zasłoną, słońca poszatkowanego okiennymi szprosami. Widoków wnętrz, które każdy Duńczyk z klasy średniej znał na pamięć. Znał, ponieważ też miał taką sofkę, taką bieliźniarkę i taki stół. Jednak twórcom pokolenia Hammershøia niezupełnie chodziło o ten konkretny, powtarzalny motyw. Za ich wysiłkami malarskimi stała chęć kontynuacji północnej tradycji eksperymentów świetlnych – tej, którą historia sztuki chce datować od Vermeera. 

Jednak droga, którą Vermeer wytyczył w historii obrazów „o świetle” nie jest tak oczywista, jak bylibyśmy skłonni sądzić. O Holendrze na dwa wieki zapomniano – żył on wyłącznie w sposobie traktowania światła, którą odznaczali się XVII i XVIII-wieczni malarze rodzajowi Północy. Przetrwał (pośrednio) w obrazach Pietera De Hoocha, Gerarda ter Borcha czy Gabriela Metsu. Zatem to, co wydawało się szczytem biegłości malarskiej, było zaledwie zapowiedzią odkrycia znacznie większego. Vermeera dla szerszej publiczności odkrył Thoré-Bürger, na kilka lat przed narodzinami Hammershøia. Holender miał niejako szczęście – pośmiertnie natrafił na publiczność, która w jego obrazach mogła znaleźć siebie. Muzykujących, ważących perły, konwersujących. Kontemplacyjny charakter twórczości mógł wreszcie się podobać. Mógł – ponieważ mieszczańska duma Europy w połowie XIX w. dążyła do upragnionej stabilizacji. Odkrycie Holendra było czymś ponad już znane północne malarstwo rodzajowe. To zbyt często umoralniało poprzez szczerbaty uśmiech karczmarza. Zatem niezbędnymi były takie przedstawienia, które mogły stanowić pochwałę powściągliwej emocjonalnie burżuazji. Vermeer po dwóch wiekach nieobecności wrócił na firmament sztuki, zaświecił jasnym blaskiem, lecz mimo to tempo narzucone przez rewolucję przemysłową szykowało zmiany. Dotkliwe. Następstwa Wiosny Ludów, impresjonizm i następstwa impresjonizmu.


Półwiecze XIX w. nie tylko zostało naznaczone pojawieniem się brakującego ogniwa w historii malarstwa, ale i śmiercią największego z filozofujących Duńczyków – Sørena Kierkegaarda. Przy pewnej dozie fantazji – można stwierdzić, że tak właśnie wyglądały dwie akuszerki Hammershøia jako twórcy. Kościsty Søren i neurotyczny Johannes. Mówiłem o pokoleniu Hammershøia, które można z powodzeniem nazwać pokoleniem duńskich malarzy światła. Przede wszystkim są to – obok wspomnianego już twórcy – Carl Vilhelm Holsøe i Peter Ilsted. Wspólnie studiowali Vermeera, wszyscy pod jego wpływem zajęli się eksplorowaniem malowniczości mieszczańskiego wnętrza. Jednak o wpływie Holendra pisze się najczęściej w kontekście Hammershøia. Dlaczego? W jakiś niewytłumaczalny sposób to właśnie on posiadł porównywalną łatwość w oddawaniu światła, ascetycznym komponowaniu i nowoczesnym podejściu do materii malarskiej. To, co się dzieje od strony technicznej później zostało przechwycone przez Andrewa Wyetha, Johna Simcocka, Granta Wooda, Alexa Colville’a czy całkiem współczesnego Victora Mana. U nich wszystkich skutkuje podobnym wrażeniem – odessaną z powietrza przestrzenią paranoiczną.
Wracając do Duńczyków, ujęcia – w gruncie rzeczy o tym samym – Holsøe’a i Ilsteda mają zupełnie inny ładunek psychologiczny. Są bardziej błyszczące, skomponowane są w cieplejszych paletach, w których występuje bardzo jasne światło. U Hammershøia kanały czerni i bieli są odcięte, przez co kompozycje są zamglone, zawoskowane. Wyglądają na matowe.

Ze względu na swoją zimną, intencjonalnie zszarzałą paletę, zaczęto go porównywać z Jamesem Abbottem McNeillem Whistlerem. Duńczykowi to porównanie schlebiało – Whistlera kochał. Za oszczędnie wyrafinowane palety i za kubeł farby wylanej w twarz publiczności. Próbuje się z nim spotkać w Londynie. Bezskutecznie.


Wilhem Hammershøi - Portret Frederikke Hammershøi, Matki Artysty, 1886

James Abbott McNeil Whistler - Kompozycja w czerni i szarościach: portret Matki Artysty, 1871


Jako dwudziestodwulatek, Wilhelm popełnia portret własnej matki. Lustrzane odbicie słynnego portretu matki Whistlera. Nie wiem, czy młody Duńczyk widział Matkę Whistlera – obraz, początkowo odrzucony przez Salon Akademii; obraz, który czekała międzynarodowa sława. Dopiero za kilkadziesiąt lat. Intencjonalnie, czy też przypadkowo – są swoimi odbiciami. Matka Whistlera jest malowana w bardzo manetowski sposób, gdzie tradycję tego jak kłaść farbę i oświetlać modela, wywieść można od samego Velázqueza. U Hammershøia pędzel ma zdecydowanie inny ciężar. Farba jest wtarta, prawie niematerialna – dokładnie jak u Vermeera. 





Brak komentarzy :

Prześlij komentarz