15 września 2016

Oleodruk smoleński

Jan Karol Pieczarkowski (Tadeusz Kwinta) na tle oleodruku Hansa Zatzki
kadr z filmu Monidło, reż. A. Krauze, 1969

Twórców, jak każdą rogaciznę można podzielić na kilka rodzajów. Dla przykładu, są anty-Midasowie. Czego się taki nie dotknie – zamieni w gówno. Nie jest on zbyt groźny w starciu bezpośrednim, a nawet fakt, że jemu podobnych jest wielu, nie stanowi dla nikogo poważniejszego zagrożenia. Są, bo być muszą. Ktoś te koty w koszyku kręcić musi, sitcomy malować na szkle. Nie dla pieniędzy, ale z najszczerszej potrzeby ducha. 

Ale są i tacy, których zwykło nazywać się "obiecującymi" – to znaczy takimi, którzy obiecują coś, obiecują komuś. Coś w rodzaju gorliwych zapewnień ucznia czwórkowego, że z każdą kolejną klasówką będzie coraz bliżej piątki. Obiecujący utrzymuje, że gorzej nie będzie. Osiągnął całkiem satysfakcjonujące minimum na wczesnym etapie i to właśnie ma go trzymać w ryzach przyzwoitości. Że gorzej nie będzie. 


Antoni Krauze kręci „Monidło” mając lat trzydzieści. Za podstawę do scenariusza służy Himilsbachowe opowiadanie o tym samym tytule. To jest poziom dzięki któremu się obiecuje i od którego składa się obietnice. 47 lat później ten sam Krauze oddaje widzom „Smoleńsk”, dzieło niepodobne żadnemu gatunkowi. Być może cała słabość „Smoleńska” polega na tym, że żaden Himilsbach niczego o tym nie napisał, niczego nie pozostawił, co dało by się zaadaptować do obecnych potrzeb. W „Monidle” śmieszność współistnieje z tragizmem w proporcjach adekwatnych do tego, jak wygląda życie, natomiast w „Smoleńsku” o ludzkiej mierze mowy nie ma. Wszak nie ludziom, lecz bogom ten film poświęcono. 

Ale o tym, że dobre intencje mają to do siebie, że zdarza im się zatrzeć się, przytrzeć, a nade wszystko spotwornieć mówi „Monidło” właśnie.




Brak komentarzy :

Prześlij komentarz