16 grudnia 2017

Niefortunne wyjście z szafy - o Coming Outach 2017

Dość długo wstrzymywałem się z tekstem o tegorocznym Coming Oucie na warszawskim ASP. Niezwykle łatwo jest wyzłośliwiać się nad wyborami jury, które interpretuje przewrotne hasło „wyjścia z szafy” w myśl późnokapitalistycznej logiki – jest to ni mniej, ni więcej, wyprowadzanie artystek i artystów na rynek komercyjny. Wyselekcjonowane przez komisje prace musiały posiadać spory potencjał komercyjności; odznaczać się pewną lekkością (o ile nie banalnością) przekazu oraz formy, oraz nie stać w sprzeczności z neoliberalną formułą imprezy. W zeszłym roku Aleksander Kmak, recenzując 6. edycję Coming Outów napisał „[…] Sztandarowa wystawa Akademii sugeruje niestety, że jeśli ktoś szuka w sztuce eksperymentu, złamania zasad, ryzyka czy chociażby zabawy – to na pewno nie znajdzie tego u artystów młodych”. Sposób, w jaki chce pokazywać się Akademia na zewnątrz – poza tą akademijną szafą – wiele mówił o aspiracjach, jakie uczelnia posiada i jakie postawy chce legitymizować. Do siódmej edycji Coming Outy były sztandarową, sztampową imprezą, której pozycja zależała głównie od tego, że odbywała się w stolicy. Dla środowiska pogodzonego z warszawocentrycznością artwoldu nie była (ani nie jest) to sytuacja nowa. Nie jest to sytuacja nowa dla samej akademii, która – w szerszej perspektywie – doprowadziła do konserwatyzmu, jaką odznacza się ta uczelnia. Niezależnie od sław, które na akademii wykładają – stale lub w pracowniach gościnnych – warszawska ASP jest uczelnią, która spełnia definicję akademickości. Tej właśnie akademickości, którą kojarzymy z historii, jako czynnika betonującego scenę artystyczną; tej, która powiela mistrzowski system kształcenia ze wszystkimi następstwami w postaci legionu epigonów oraz twórczością, która bazuje na przebrzmiałych, ale wciąż modnych formułach. Tego właśnie spodziewały się tłumy stojące w kolejkach na wernisaż tegorocznego Coming Outu. 

Siódma edycja CO spełniła oczekiwania, z jakimi środowisko przyszło na tę wystawę. Jednak Reduta Banku Polskiego, prestiżowa lokalizacja – z medialnego i wizerunkowego punktu widzenia – w której odbyła się wystawa przyniosła coś więcej, niż tylko wydarzenie, do jakiego przywykli goście. Stało się tak głównie za sprawą gospodarza tego budynku – Antoniego Feldona. Warszawski biznesmen, znany w stolicy z ekscentryzmu w stylu neoliberalnego sarmatyzmu, wspierania nacjonalistycznych środowisk, a także specyficznego podejścia do reprywatyzacji, otworzył imprezę przemówieniem, które wskazało na nowy kierunek, w jakim zwraca się warszawska akademia. Słowa, po których przez salę przetoczyły się oklaski.

„[…] Oddaję głos wszystkim tym którzy tworzą kulturę, podnoszą polskie imię w świecie i którzy będą je ugruntowali naprzeciw rozmaitym ŚWIŃSKIM DEMOKRACJOM i rozmaitym innym zmianom, które nas codziennie trapią. Ale my się nie dajemy. […]
I NIE MA żadnej sztuki zaawansowanej, zaangażowanej. Sztuka jest sztuką i ona jest sama z siebie już bardzo dumna. I chcemy, żeby polska sztuka była na czele wszystkich sztuk światowych i wszystko, co temu służy jest dobre."

Z punktu widzenia oficjalnego dyskursu (kreowanego m.in. przez polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego) w tych słowach nie ma niczego zaskakującego. Populistyczna retoryka, przez którą przemawia resentyment pewnych grup w ramach środowiska oraz życzeniowe dążenie do dominacji na scenie światowej to aktualna linia, wedle której kształtowane jest myślenie o rodzimej sztuce i kulturze. Pod postulatem o polskiej sztuce, która jest sztuką (cokolwiek to znaczy) i ma ambicje do przewodzenia sztukom światowym z pewnością podpisałby się Sławomir Marzec, apelujący o pozostanie w arthome. Podpisałaby się pod tym również legendarna Monika Małkowska wraz z innymi ex-członkami ministerialnej komisji do spraw muzealnych zakupów – z Zbigniewem Dowgiałłą i Jackiem Lilpopem na czele. Takiemu podejściu przyklasnąłby obecny minister kultury Piotr Gliński – w końcu to repetycja różnych jego wypowiedzi na temat obecnej misji polskiej kultury. Lwia część członkiń i członków ZPAP-u, mam wrażenie, także jest zainteresowana przedsięwzięciem środowiskowej krucjaty przeciwko liberalnym (oraz sporadycznie lewicowym) „sztukom zaawansowanym, zaangażowanym”. Oklaskujący przemówienie – jeśli w ogóle go słuchali – dołożyli swoje poparcie dla tego wystąpienia. Jednak dla warszawskiej akademii, która wciąż w swoim statucie posiada m.in. punkt

„[...] 2. Do podstawowych zadań Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie należy: [...]
2) wychowywanie studentów w poczuciu odpowiedzialności za [...] umacnianie zasad demokracji [...]"  

legitymizowanie wystąpień o „świńskich demokracjach” jest już wyrazem najwyższej niefrasobliwości. Sam wybór Feldona jako gospodarza CO również jest sprawą kontrowersyjną – zwłaszcza dla odpowiedzialnej instytucji, która na celu ma kształtować nowe pokolenia twórczyń i twórców; zwłaszcza w Warszawie w roku 2017 w obliczu nasilenia się nacjonalistycznych deklaracji oraz faktu afery reprywatyzacyjnej, która spowodowała poważny kryzys samorządowy w stolicy. Współpracę z oraz legitymizowanie czegokolwiek postacią nacjonalistycznego aferzysty ciężko nazwać niedostatecznym researchem – wiele wskazuje na to, że jest świadoma decyzja władz uczelni. To jest ten nowy kierunek, który w związku z „wyjściem z akademijnej szafy” obrała warszawska ASP. Czyli jakby nie było – konserwatyzm uczelni został uzupełniony przez dyskurs antydemokratyczny, w myśl aktualnych prób przeprowadzania „rewolucji konserwatywnej”.
Po nagłośnieniu sprawy przez wspomnianą już Janę Shostak (jedną z laureatek tegorocznego CO, nota bene za pracę dyplomową „Nowacy” – bez wątpienia realnie zaangażowaną społecznie) oficjalny komunikat ze strony organizatorów brzmiał:

oficjalne stanowisko organizatorów Coming Out 2017
źródło: odpowiedź pod postem Jany

Znamienne, że Jana (Białorusinka z polskimi korzeniami) była jedyną osobą, która podczas wręczania jej nagrody zanegowała słowa Feldona. Jednak, czy była jedyną twórczynią, której prace nawiązywały do tematów społecznych? I tak, i nie. Była z pewnością jedyną artystką z Coming Outów, która wyszła poza „zaangażowanie naskórkowe” – pobieżną, niezaangażowaną odpowiedź na obowiązujący trend konstruowania prac „o wrażliwości społecznej”. Dla przykładu, nie poszła drogą niesławnego Sebastiana Kroka i „namalowała obraz o uchodźcy/nowaku”.


Drogą Kroka i tym samym zaangażowania naskórkowego poszła inna laureatka, Katarzyna Rozwadowska-Myjak, absolwentka wydziału grafiki. W opisie jej dyplomu czytamy: „Do przygotowania pracy dyplomowej zatytułowanej Granice skłoniło mnie  głębokie poruszenie losem uchodźców, którego doświadczyłam dwa lata temu podczas pobytu na stypendium w Monachium. […] [praca, przyp. mój] Dotyczy nie tylko uchodźców, ale jest bardziej ogólna, mówi o granicach oraz ograniczeniach psychicznych i fizycznych, z którymi wszyscy się zmagamy”. W ramach pracy, przygotowała filmy, w których m.in. stąpa po kamienistej plaży oraz układa domek z kart. Wydaje się, że w dziedzinie art-washingu pojawiła się nowa kategoria: refugee-washing. Refugee-washing czyli  kategoria, w ramach której swoim działaniom życzeniowo nadaje się głębszy sens poprzez odwołanie się do doświadczeń uchodźczych/nowaczych. Wg artystki takich, jak układanie domku z kart.

 
źródło: Coming Out 2017


Inne prace, które zahaczyły o temat społeczny to wystąpienia Rafała Grzelewskiego oraz laureatki grand prix – Magdaleny Morawik. Morawik (wydział intermediów) wykonała dyplom o szarej fladze. Jak pisze autorka: „Projekt jest pokazaniem schematu, na który można nałożyć idee. Punktem wyjścia mojego projektu jest flaga – w kontekście znaku graficznego, symbolu, ale także przedmiotu. Jako narzędzie do komunikacji poprzez minimalizacje środków, kompresje informacji jest syntezą. Powieszenie połaci materiału na drzewcu odczytywane jest jednoznacznie – jako manifest, czyli komunikat. Traktuję flagę jako schemat do zaanektowania odpowiednich – według nadawcy – idei. Szarość jest swoistym punktem zero, zaś jakiekolwiek odstępstwo, odchylenie w którąkolwiek ze stron jest już określeniem pozycji. W formie ideologicznej szarość jest odcieniem, schematem, który przez unormowanie, równowagę i dyscyplinę może posłużyć do wypełnienia go treścią. Szarość może świadczyć o równowadze. Nie tyle o niezmienności i stałości samej szarości, co schematu. […] Moim zamysłem było przygotowanie w pełni neutralnego, czystego znaczeniowo środowiska. Jedynym obszarem świadomie przeze mnie zostawionym jest czynnik ludzki –poruszanie flagą. Zmęczenie, niemożność kontynuacji, wycieńczenie do granic są konsekwencją ciągłego używania narzędzia, ciągłego nadawania sygnału komunikatu. […] Czas nagrania, czyli czas, w jakim osoba używa flagi, jest okresem od pełnej energii do całkowitego wykończenia, niemożności kontynuowania. Uchwycenie czynności w pełni – przy użyciu jednej kamery, bez montażu, bez manipulacji ukazuje to, co jest dla mnie w tej relacji najistotniejsze”. W kontekście całego wydarzenia, jakim okazało się tegoroczne CO, nagroda dla deklaracji rzekomej neutralności, niezależności i apolityczności zaczyna poważnie zgrzytać. Być może tylko w mojej odbiorczej recepcji.

Magdalena Morawik, Środkowa Szarość, 2017
źródło: Coming Out 2017


Rzeźba Grzelewskiego „Trudna Wolność” „[…] jest przestrzenną ilustracją moich przemyśleń dotyczących przemian, jakie zaszły w Polsce w ciągu ostatnich 25 lat. Przejście z gospodarki sterowanej na wolnorynkową umożliwiło szybki rozwój ekonomiczny. Ograniczany przez wiele lat apetyt konsumpcyjny Polaków zarówno na podstawowe, jak i luksusowe dobra materialne jest zaspokajany w niesamowitym tempie. Polacy starają się nabywać nie tylko to, czego potrzebują, ale też to, czego mogą potrzebować w przyszłości ich dzieci. Często towarzyszy temu brak zastanowienia nad jednocześnie nabywanymi zobowiązaniami. Dla wielu osób „skrzydła”, które ćwierć wieku temu dostaliśmy, zaczynają być ciężarem ograniczającym swobodę o jaką walczyliśmy. Społeczna presja i pamięć minionych lat motywuje do zakupu kolejnych mieszkań, lepszych prezentów czy droższych wakacji. Lubimy gromadzić wokół siebie coraz więcej i szybciej, a to z każdym dniem coraz bardziej przytwierdza nas do ziemi. Chęć posiadania każe nam się martwić o to, co mamy, a nie pozwala cieszyć się tym, co wreszcie możemy mieć. Realizując marzenia, kupujemy obciążenia materialne i psychiczne. Powyższe refleksje ilustruje geometryczna postać, której wzniesienie uniemożliwiają ciężkie niczym kotwice skrzydła.

Rafał Grzelewski, Trudna Wolność, 2017
źródło: Coming Out 2017

Osobiście nie umiem traktować tych trzech prac finalistów jako czegokolwiek ponad przeciętną realizację zadania na semestralne zaliczenie. Osobiście, treści dopisane w części teoretycznej są treściami, które znalazły się przy tych konkretnych pracach (Rozwadowskiej-Myjak, Morawik i Grzelewskiego) głównie ze względu na wspomniany trend zaznaczania swojego zaangażowania. Na ile są to gesty istotne, treściwe i pozostające w związku z formą dyplomów – oceńcie sami. Trawestując Feldona, wydaje się, że chcemy, żeby polska sztuka była na czele wszystkich sztuk światowych. Kolejnym otwartym pytaniem niech zostanie to, czy w ogóle jest na to jakakolwiek szansa.

***

Niech dopełnieniem dla całego tegorocznego Coming Outu będzie apel jednej z wystawianych w Reducie artystek, Aleksandry Liput, której skradziono pracę. Rozumiecie, Reduta Banku Polskiego, catering, media, sława, chwała i zajumana praca. Jakże żałuję, że nie było mnie na otwarciu.

skradziona praca Aleksandry Liput
źródło: facebook artystki


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz